Dziś dzień cudownego obżerania się, czyli oczywiście tłusty czwartek. Zapewne spodziewacie się, że jako naczelna promotorka zdrowego trybu życia zacznę teraz marudzić i zachęcać was, byście nie jadły za dużo. Bo niezdrowe, bo dużo cukru, bo to, bo tamto… Otóż nic bardziej mylnego! 😉 Jedzcie, jak najbardziej! Każda z nas potrzebuje czasem odrobiny luzu i przyjemności, a nie ma nic gorszego od rygorystycznej diety. Co więcej, w dłuższej perspektywie czasowej niejednokrotnie kończą się one źle – nie wytrzymujemy i straszliwy efekt jo jo niszczy wszystkie nasze wysiłki. Dlatego właśnie tak ważne jest, by raz na czas uraczyć się ulubionymi smakołykami. To jednak nie znaczy, że nie można zrobić nic, by ten dzień nie przyczynił się do ataku paniki, gdy następnym razem staniemy na wadze…

Skąd to się w ogóle wzięło?

Mianem „tłustego czwartku” określamy ostatni czwartek przed Wielkim Postem. Dla katolika jest to więc ostatni moment, by poważnie się najeść przed dłuższym okresem wstrzemięźliwości. Dawniej czasem nazywany był także „zapustami”, dziś to słowo praktycznie wyszło już z użycia. Dzień, o którym mowa jest ruchomy – obchodzi się go pomiędzy 29 stycznia, a 4 marca. Jego data zależy od terminu, w którym w danym roku obchodzimy Wielkanoc. Tradycyjnie tego dnia je się pączki lub – obecnie rzadziej – tzw. faworki, czyli po prostu popularny „chrust”.

Co ciekawe, współczesna wersja tłustego czwartku odbiega mocno od tego, jak obchodzili go nasi przodkowie. Niegdyś tego dnia jedzono bowiem pączki, ale z… boczkiem, mięsem, a nawet słoniną, a do tego popijano je obficie alkoholem. Słodkości stały się częścią zwyczaju dopiero w XVI wieku – wówczas w nadzieniu „pączuchów” zaczęto stosować m.in. migdały. Rzeczywistych korzeni święta należałoby się doszukiwać w tradycjach pogańskich, sięgających Starożytnego Rzymu – wywodzi się ono od obchodów zmierzchu zimy i nadejścia wiosny.

Smacznie =/= kalorycznie

A przynajmniej nie zawsze! Można bowiem przygotować pączki samodzielnie, dbając o to, by nie odbiły się na naszej sylwetce (aż tak…). Taki domowej roboty „dietetyczny pączek” może mieć nawet do czterech razy mniej kalorii. By przygotować ten przysmak potrzebowały będziemy:

  • 500 g mąki pszennej, szklanki mleka (można stosować roślinne alternatywy),
  • drożdży (50 g),
  • dżemu (lub innego nadzienia, w zależności od tego, co preferujemy – polecam produkty z małą zawartością cukru),
  • łyżeczki cukru trzcinowego,
  • kostki tofu,
  • 4 łyżek oleju kokosowego,
  • aromatu waniliowego i
  • odrobiny spirytusu

Drożdże, mleko, cukier oraz dwie łyżki mąki wrzucamy do jednego naczynia i mieszamy do rozpuszczenia drożdży. Tak przygotowany odczyn odstawiamy na kwadrans, koniecznie w ciepłe miejsce. Blenderem ucieramy tofu z cukrem oraz mlekiem roślinnym. Do dużego naczynia z mąką dodajemy zarówno odczyn, jak i tofu, a następnie urabiamy ciasto, tak długo, aż będzie elastyczne. Wówczas dodajemy spirytus i łyżkę oleju kokosowego i dalej ugniatamy, aż całość zrobi się śliska i przestanie lepić do rąk. Odstawiamy na półtorej godziny. Następnie rozciągamy nasze ciasto (placek powinien mieć grubość ok. 1-2 cm), wycinamy nasze pączki stosując np. szklankę, umieszczamy w środku nadzienie i zawijamy całość w kulkę. Odstawiamy na około pół godziny, a następnie smażymy – na przykład na oleju ryżowym.

Smacznego!