Poświęciłam ostatnio trochę czasu, by opisać Wam zjawisko znane jako GMO, skupiając się przede wszystkim na zagrożeniach z nim związanych. Część z Was zadaje sobie być może pytanie, skąd u mnie nagle takie zainteresowanie tym tematem. Jeśli zdaje Wam się, że nie jest zupełnie przypadkowe, to… macie rację. Nie jest. Wynika z tego, co dzieje się ostatnio tak w naszym kraju, ale i na świecie. Konkretniej: padającego na nas cienia umów gospodarczo-handlowych CETA oraz TTIP.

Czym jest CETA?

Na przestrzeni ostatnich paru lat nasze państwo uczestniczyło w negocjacjach dwóch umów gospodarczo-handlowych, które mają w przyszłości regulować handel pomiędzy Europą i – odpowiednio – Kanadą (CETA) i Stanami Zjednoczonymi (TTIP). Te umowy to skomplikowane akty prawne i nie ma sensu przytaczać tu wszystkich detali – to nie jest przecież blog prawniczy. Zamiast tego skupmy się na tym, co ważne. A ważne jest to, że wspomniane umowy mogą doprowadzić do wprowadzenia na nasz rodzimy rynek żywności znacznie gorszej jakościowo. Potencjalnie także takiej, która została stworzona w drodze manipulacji genami. Ale po kolei…

Podstawowe zapisy CETA są okryte mgłą tajemnicy, co stanowi zresztą jedną z głównych kontrowersji powiązanych z tymi umowami. Jak bowiem można prowadzić poważną rozmowę o czymś, o czym prawie nikt nic konkretnego nie wie? Kolejny absurd dotyczy tego, w jaki sposób umowa ma wchodzić w życie. Otóż, mimo że wymaga ona ratyfikowania przez państwa członkowskie UE, to jednak część jej zapisów – w szczególności tych regulujących zasady prowadzenia handlu – ma wejść w życie od razu. Nawet więc, gdyby okazało się, że któryś z parlamentów odrzuci umowę, jej zapisy i tak będą wdrażane, a ewentualne odwrócenie tego procesu może okazać się potem kompletnie niemożliwe lub nieopłacalne.

Potencjalne problemy

Przeciwnicy zarówno CETA, jak TTIP od lat grzmią, że umowy te są korzystne głównie dla zagranicznych korporacji i przeciekające od czasu do czasu detale potwierdzają ten punkt widzenia. Źle na CETA rzutuje także raczej negatywna ocena skutkuów funkcjonującej już umowy NAFTA, w podobny sposób regulującej handel pomiędzy Meksykiem, Kanadą i USA. Pośród możliwych problemów warto wspomnieć przede wszystkim o tym, że Kanada i USA to państwa o znacznie niższych standardach dotyczących żywności (m.in. jak wspominałam w poprzednich tekstach, są to jedyne dwa kraje akceptujące GMO), a umowa ma w założeniu ułatwić obustronny handel, co może doprowadzić do znaczącego spadku jakości żywności oferowanej w naszym kraju. Wiadomo już, że CETA może wpuścić na nasz rynek między innymi modyfikowane kanadyjskie jabłka oraz łososie.

W gorszej sytuacji znajdzie się także polski rolnik, który siłą rzeczy nie będzie raczej w stanie konkurować z masowo produkowanym, tanim chłamem zza oceanu. CETA znacznie przyspieszy i ułatwi rozwój tzw. wielkoskalowego rolnictwa, uderzając tym samym w niewielkie, prywatne gospodarstwa, a z czasem być może kompletnie je eliminując. Bardzo duże wątpliwości wzbudza również tzw. mechanizm ICS (Investment Courst System), który pozwala korporacjom pozywać państwa nie do sądu, a prywatnego trybunału arbitrażowego w sytuacjach, gdy uznają się za stronę w jakiś sposób poszkodowaną. Zasady powoływania i nagradzania sędziów takiego trybunału są przy tym, mówiąc delikatnie, wątpliwie. Dość powiedzieć, że ilość zarobionych pieniędzy będzie bezpośrednio powiązana z ilością orzeczeń, co oznacza, że sędziom opłaci się, by korporacje pozywały państwa członkowskie jak najczęściej.

Mimo, iż dotyczy Kanady, CETA może wpuścić na nasz rynek także firmy amerykańskie – wszystko z powodu wspomnianej wyżej umowy NAFTA na linii Meksyk-Kanada-USA. Pomimo fali protestów, uchwały nt. CETA zostały już przegłosowane w wiekszości parlamentów krajów UE, w tym także w polskim sejmie. W tej chwili jedynym regionem UE, który sprzeciwia się CETA jest belgijska Walonia. Ponieważ rząd federalny Belgii potrzebuje zgody regionów i wspólnot językowych kraju, a z kolei Państwa UE muszą jednomyślnie dać zgodę na podpisanie przez Unię porozumienia z Kanadą, sprzeciw tego liczącego 3,6 mln mieszkańców francuskojęzycznego regionu może zapobiec podpisaniu tej umowy pomiędzy UE a Kanadą.

Ufff… dość już tych ciężkich, prawno-genetycznych tematów. Na następny raz przygotuję coś lekkiego i przyjemnego 😉