Człowiek przetwarza żywność od zawsze. Nasi przodkowie piekli mięsa na ogniskach, wędzili ryby i wekowali warzywa. Chodziło o to, żeby przedłużyć trwałość pokarmu. Były to niewinne ingerencje, które nie zubożały faktycznej zawartości danego produktu. Teraz sprawa ma się trochę inaczej. Nie musimy już sami peklować, wędzić i wekować pożywienia. Po prostu idziemy do sklepu i kupujemy co potrzebne. W tym, że dobrze robimy utwierdzają nas reklamy (cóż by innego!). Niestety przemysł spożywczy, podobnie jak kosmetyczny, jest bardzo zakłamany, a ilość produktów, które nie są szkodliwe dla człowieka, z roku na rok jest coraz mniejsza.

 

„Jak to? Przecież wszystko wygląda tak pięknie i tak wspaniale pachnie! Smakuje też świetnie. W czym problem?”

 

Geneza napakowanej chemią żywności jest dosyć prosta. Coraz większa liczba ludzi na świecie sprawiła, że potrzebna była większa ilość jedzenia. Dodatkowo głód, którego doświadczyło społeczeństwo podczas II wojny światowej, stał się motorem napędowym do stworzenia nadwyżki jedzeniowej. Produkcja żywności musiała być coraz szybsza i wydłużać okres jej przydatności do spożycia. Do jedzenia zaczęto więc dodawać różnego rodzaju substancje. Początkowo chodziło tylko o przedłużenie trwałości, ale potem doszły substancje poprawiające wygląd, zapach, smak i konsystencję produktów. Najlepiej jeśli takie substancje były skuteczne, ale niezbyt drogie. Jak więc możecie się domyślać, składniki czyniące takie cuda, dalekie są od naturalności. W przemyśle spożywczym istnieją określone normy i przepisy, co i w jakich ilościach można dodawać do poszczególnych produktów. Oprócz tego każda chemia w jedzeniu musi mieć uzasadnienie technologiczne. Niby wszystko pod kontrolą, ale wspomniane normy tyczą się ilości szkodliwych substancji w JEDNYM produkcie. Czy któraś z was spożywa tylko jeden produkt dziennie? Jeśli nie jesteście akurat na irracjonalnej głodówce, to w ciągu dnia spożywacie wiele różnych produktów. Tym samym, każda norma jest błyskawicznie przekraczana już przy drugim śniadaniu, ewentualnie przy obiedzie. Dlatego polecam wyrzucenie do kosza wszystkich teorii mówiących o bezpiecznym spożywaniu przetworzonego jedzenia. To tylko mit stworzony przez producentów i ich reklamy.

 

„Hm… no dobrze, ale co jest właściwie nie tak z tym jedzeniem? Przecież ani mnie, ani mojej rodzinie nic złego się nie dzieje.”

 

Jesteśmy pokoleniem, które nie zna natury. Nie wiemy co na co wpływa. Wszystko jest wystawione na półkach. Wybieramy towar kierując się prostym skojarzeniem, nazwą czy rekomendacją znajomych. Co więcej, przetworzone jedzenie jest czymś, co znamy od dziecka i większość z nas nie wie, jak to jest odżywiać się naturalnie. Myślicie, że chemia spożywcza wam nie szkodzi, a alergie, katary, niestrawności, wzdęcia i inne tego typu atrakcje to normalna część egzystencji konsumenta? Niestety muszę was rozczarować. To nie jest normalne. To efekt trucizny, którą jecie.

 

Różnica pomiędzy jedzeniem teraz, a kiedyś jest ogromna. Nasze babcie przetwarzały jedzenie za pomocą pieczenia, smażenia, gotowania czy suszenia (na przykład owoców). Tymczasem my kupujemy w sklepach produkty, które są poddawane obróbce przemysłowej, co oznacza, że finalnie proponowana jest nam kompozycja środków spulchniających, barwników, polepszaczy smaku, regulatorów kwasowości, zagęstników, stabilizatorów i konserwantów. W pakiecie dostajemy też sporo soli, cukru i złej jakości tłuszczy typu trans (które w dużej mierze przyczyniają się do zawałów serca i rozwoju komórek rakowych). Samo jedzenie jest tylko pretekstem do upchnięcia całej tej chemii w waszych żołądkach. Tym samym spożywanie wyłącznie przetworzonych produktów sprawia, że nasza dieta jest uboga w witaminy i wartości odżywcze, a my sami stajemy się podatni na różnego rodzaju choroby, zaczynając od prostej alergii, a kończąc na wspomnianych już chorobach serca.

 

„To co mam zrobić? Przecież nie mogę nagle zrezygnować z zakupów i zacząć wszystkiego robić sama! Nie mam na to czasu!”

 

No tak, to rzeczywiście byłoby trudne. Jeśli jednak ty i twoja rodzina macie być zdrowsi i żyć lepiej, to coś zrobić musisz. Przede wszystkim zwracaj uwagę, aby droga pożywienia na twój stół była jak najkrótsza. Wiem, że nie da się nagle zignorować istnienia supermarketów, ale jak zawsze sprawdza się tutaj metoda małych kroczków. Bądź czujna, czytaj skład, poszerzaj wiedzę i obserwuj reakcje organizmu na poszczególne składniki w twojej diecie. Staraj się w miarę możliwości jeść produkty lokalne, naturalne, świeże i sezonowe. Zamiast cały czas chodzić do sklepu, wybierz się czasem na targ. Tam możesz znaleźć dostawców ekologicznej żywności, którzy mają własne uprawy i świeży towar. Z miejsca wyrzuć z diety wyroby, których lista składników jest długa. Ogranicz się na przykład do czterech, albo pięciu elementów w jednym produkcie. Staraj się w miarę możliwości gotować w domu, a jeśli już musisz jeść na mieście to wybieraj miejsca ze świeżym, na bieżąco przyrządzanym jedzeniem. Oprócz tego etykiety produktów – czytaj, czytaj i jeszcze raz czytaj (o tym, na co zwracać uwagę przy sprawdzaniu etykiet w osobnym wpisie).

 

„I co? To wszystko? To wystarczy, żeby żyć zdrowo?”

 

Nie, to jest tylko dobry początek. Nie da się przeprowadzić rewolucji od razu i bez odpowiedniego przygotowania. Lepiej powoli zdobywać wiedzę i doświadczenie, niż zostać przytłoczonym ogromem zmian i bezradnie rozłożyć ręce. Na razie spróbuj wprowadzić tych kilka prostych zasad do codziennego życia. Szybko przekonasz się, że taka jedzeniowa zmiana sprzyja zdrowiu, lepszemu trawieniu i dobremu samopoczuciu. Odwiedzaj też regularnie bloga GreenWitch, gdzie znajdziesz kolejne wskazówki prowadzące ku zielonej rewolucji 🙂