W pierwszym tekście z tego cyklu opowiedziałam Wam nieco o tym, czym jest GMO i dlaczego może być niezwykle groźne dla środowiska. Zasygnalizowałam także, jakie konsekwencje może mieć spożywanie tego typu produktów dla ludzkiego zdrowia. Dziś chciałabym trochę rozwinąć temat negatywnego wpływu GMO na nasze życie i otoczenie. Przy okazji wspomnę też o bulwersującym sposobie na wyzyskiwanie prawa patentowego, z którego korzystają czasem korporacje zajmujące się badaniami nad GMO.

Chemia w chemii, podlana chemią

Zacznijmy od problemów i negatywnych konsekwencji. Jak już pisałam, jednym z podstawowych celów przyświecających modyfikowaniu genów roślin uprawnych jest zwiększenie plonów. Czy jednak wiecie, jakim sposobem ten cel jest osiągany? Otóż najczęściej zmianom wcale nie poddaje się genów odpowiadających za szybszy wzrost. Zamiast tego dokonuje się dwóch „poprawek” mających w zamierzeniu zwiększyć wytrzymałość plonów. Po pierwsze, roślinom nadawana jest nadnaturalna odporność na pestycydy, po drugie zaś daje im się zdolność… samodzielnego ich wytwarzania! Tak, dobrze przeczytałyście! Nie dość, że „GMOśliny” można do woli pryskać różnego rodzaju paskudztwami, to jeszcze same z siebie produkują dawkę tzw. bakteryjnej toksyny Bt (stąd bierze się też nazwa kukurydzy BT, o której wspominałam w ostatnim tekście). Oznacza to, że dawka wykorzystywanej przy uprawie GMO szkodliwej dla człowieka chemii jest wielokrotnie wyższa niż w przypadku naturalnych zbóż, warzyw czy owoców! Warto przy tym podkreślić skalę: jedną z tych dwóch cech lub ich kombinację posiada aż 95% modyfikowanych roślin. Trudno, by było inaczej – w końcu wysokie plony to większe pieniądze.

Korporacje bronią oczywiście swojego produktu argumentując, że nie wszystkie środki chwastobójcze są szkodliwe dla ludzkiego zdrowia, a toksyna Bt nie może stanowić zagrożenia dla człowieka, bowiem nie wchłania się z naszego przewodu pokarmowego. Argumentację tę obalili naukowcy z kanadyjskiego Uniwersytetu Sherbrooke dowodząc, że produkowane przez „GMOślinki” pestycydy jak najbardziej mogą przedostawać się do ludzkiego krwiobiegu, a – co gorsza – w przypadku kobiet w ciąży, także krwiobiegu płodu.

Szemrane praktyki

Zagrożenia związane z GMO nie mają jednak wyłącznie charakteru zdrowotnego. Diabelnie problematyczna jest również polityka licencyjna. Nasiona modyfikowanych genetycznie roślin są uznawane za własność intelektualną korporacji je produkujących. Oznacza to, że rolnikowi nie wolno ich uprawiać bez zakupienia stosownej licencji – trochę jak w przypadku choćby oprogramowania komputerowego. Pozornie taki układ wygląda zupełnie w porządku – tak jest przecież w wielu innych aspektach życia, a kradzieży nie pochwala chyba żaden rozsądny człowiek. W czym tkwi więc problem? Ano w tym, że uprawy mają miejsce na świeżym powietrzu i nie ma możliwości kontrolowania ich w 100%. Nasiona GMO mogą znaleźć się na czyimś polu bez jego wiedzy – np. posiane przez wiatr lub przyniesione w futrze zwierzęcia domowego z terenu uprawy prowadzonej przez sąsiada. Biorąc pod uwagę, że wizualnie rośliny te najczęściej są zupełnie nie do odróżnienia od swoich naturalnych odpowiedników, gospodarz może nie mieć pojęcia, że część, dla przykładu, kukurydzy rosnącej na jego polu pochodzi z nieznanego źródła. Mimo to może zostać przez firmę oskarżony o kradzież jej własności.

Żeby była jasność: to nie są jakieś rozważania teoretyczne. W Ameryce Północnej rocznie odbywają się tysiące cywilnych spraw sądowych, w których rolnikom stawiane są podobne zarzuty. Odszkodowania z tego tytułu idą w miliony dolarów. Najczęściej przegranie takiej sprawy wiąże się z bankructwem i zajęciem sprzętu i/lub gospodarstwa.

Brońmy się przed tym. Teraz, póki jeszcze możemy.